Strona:Stefan Napierski - Elegje.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czy tak nas ciągnie ślad niepotwierdzony,
Jak psa, co węszy za człekiem przez drogę.
Szyfr czarodziejski, że ze łbem spuszczonym
Źrenicą mętną, umęczony widmem,
Biegnie, lecz za czem? (Nie pytaj, którędy!).
A może one, gdy wrzawą o świcie
Witają zmartwychwstanie ptasiej ziemi?
I przez powietrze przeciągają nici
Świegotliwego blasku, jak się szyje
Najcieńszą pajęczynę w barwach rosy.
One najbliżej progu, jak anieli
Klęczący u jeziora, aby musnąć
Odbicie na tę sekundę przelotną,
Gdy wolno spocząć. I znów lot rozwinąć.
Rozwartem gardłem dotykać wolności!

O drzewa już nie pytaj, o, pieczaro
Zmierzchu, muzyczne zmroki elizejskie!
Tam w snach błądzący... Patrzcie: naświetlony.
jak zimną świecą przestrzeni odgóry.
Olbrzymim blaskiem, który nie dygoce.
Jak gwiazdy widne (wam widne); uśpiony
Nieodwołalnie i błogo, jak obłok.
Podpatrujecie! Nadarmo wam czuwać,
Nanic szpiegostwo zmysłów, sieć domyślna,
Którą na przestwór rzucacie, by złowić
Topielca, więzów wyzutego... Płynie.
Głowa drążona i wstecz odchylona.
Jak odrąbana toporem zachwytu.
Grozi uśmiechem i wargi odmyka.
By zawtórować stworom niezrodzonym.
Jak kołysany snem czerep Orfeja.
Tak się przybija o brzeg, tam się budzi.

Tu gadam z wami, tu nadarmo żyję.