Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kamienną grudą spychająca stopy,
Jak polot ptaka poprzez lęk gałęzi
Wierzbowych, popielaty ślad nicości, —
Zanim w źrenicy rozwartej powstanie,
By przetrwać: w nikły zarys się rozpływa
Obłoku, w kontur czysty. Ziemio stara,
Nazawsze niedostępna! Gdzie patrzenie,
Które ci sprosta bezsennie, z powieką
Nareszcie oderzniętą? A języki
Kłębią się w jamach ust i lgną do siebie,
Splecione śliną, jak się pożerają
Węże. Zamiast muzyki, co zwęzi,
Jak się rozciska śnieg w garści, te jodły
Aluzją niebotyczną, jako pastuch
Słucha terkania owiec i zwołuje:
Oto chrapliwy chargot, zwykła miłość.
Tedy jak ucha nachylić, by owoc
Krągły umieścić w pustym środku muszli
I tam go stworzyć brzmieniem? Jak dźwięk toczyć
Palcami, które w proch sypią się? Kośćmi,
Wystającemi z palców, narysować
Widne jedwabie niebios? Ująć trawę,
By melodyjną nie drgała ironją,
Bezcielesności echo?
Ponad uśpionymi
Po szczeblach stąpa drabiny milczenia
Z prawicą wyciągniętą, jakby trącał
Struny, nie budząc. Przemija.




87