Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ZARYS POEMATU

Sosny szemrzą z oddali: wzmaga się szum; już się brzozy kołyszą,
jak jasne Muzy, co zstępują z brzegu stromego — i próbujące
stopą nieśmiałą, w dreszczu zalotnym, koniuszczkiem stóp
wodę; ptaki przekrzykują się zrzadka.

W cieniach, kładących się pochyło na krzewy, jaśniejące nagle powiewem,
w smudze much rozzłoconej i już zagasłej!
(gdzie siwy motyl, zapowiadający zmierzch, jak pasmo, jak szara lilja, wplącze się i tak pozostanie: ruchoma kokarda przez podłużną sekundę, jak w strunach rozbrzęczanej triumfalną błahością liry);
malowniczości wzgardzona! przez którą kroczę, spokojny,
przez te kulisy zawsze powtarzającej się zieleni,
wszędzie jednakiej, małomówny z samym sobą,
jak przez płótna, powleczone farbą, pachnące ostrą żywicą,