Strona:Stefan Napierski-Ziemia, siostra daleka.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lepkie od leśnych balsamów;
zapominając chętnie o nieprzekraczalnej linji, o minionej samotności,
wieczny młodzieniaszek, sfuszerowany romantyk w pasiastych portkach,
spragniony wypoczynku,
raz jeszcze oszukujący siebie (ach, gdybym mógł się oszukać!),
gorzką iskierką tytoniu podpalający las!

Niechby: serce buchnęło płomieniem,
liściem zwiniętym sycząc, w dymiącej aureoli,
jak bór trzeszczący, rozbuchany żarem,
strzelający czarnemi smolnemi racami
— o, czuby drzew, o pnie,
płonące, jak ruda harfa!
O lesie, którybyś wspłonął od rozdmuchanego wiatrem niepostrzegalnym
niebacznie porzuconego, światoburczego papierosa!
(Polano! o, polano,
gdzie spocznę, nawznak rozrzuciwszy ramiona, tak ukojony i zapatrzony w obłoki, zlekka wiatrem strzępione,
jakby sunęły nad Polską).

Gdyby uderzył kto teraz zza drzewa
skrytobójczo w pierś, uśmiechnąłbym się, nareszcie
pojednany ze szczęściem.