Strona:Stefan Napierski-Chmura na czole.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


WOLNOŚĆ

Dotykiem, po omacku, wyciągnąwszy dłonie,
Wyczuwam wonną chmurę, bezcielesną ziemię,
I nagły trzepot trwogi, o, senny Platonie:
Obłok, pióro, lot jego razem ze mną drzemie.

Przeciągnąć się raz jeszcze... Wiejąc, krzew zielony
Zwleka, nim muśnie białka wywróconych oczu.
Cherub ockniony wraca po zamglonem zboczu,
Zwraca źrenicę szarą, gdzie raj utracony.

Ukaż sztukę, jak prujesz biel, nie tępiąc pióra,
I błyskiem nożyc krajesz nieruchome cienie,
Skrzydeł dygotem czystość... Złóż w rulon przestrzenie,
Gdzie błogość, blask boleści, wolności wichura.