Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łoniła się szczególna orjentacja: wszystkie te przedmioty, tylko w innym układzie i rozmieszczeniu widziałem u Wierusza. Miało się wrażenie, że wnętrze to w sposób zagadkowy skupiło w obrębie swych czterech ścian rozproszone elementy mieszkania mego przyjaciela.
— Czy znasz Andrzeja Wierusza, Kamo? — zapytałem wprost.
— Nie — odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy.
Byłem pewny, że kłamie. Ale dlaczego? Poco kryje się z tem przede mną?
— Czy wiesz, że dom ten należy do człowieka, który jest moim przyjacielem?
— Teraz mieszkam w nim ja i to niech ci wystarczy.
W głosie jej brzmiała nuta triumfu i dumy.
— Co to wszystko znaczy? Gdzie ja właściwie jestem?
— W zaczarowanym pałacu, jeśli już chcesz koniecznie wiedzieć. Ach, wy mądrzy panowie — dorzuciła z pogardliwym uśmiechem — wiecznie wszystkiego dochodzący rozumem, panowie — sprytni rachmistrze i bałwochwalcy mózgu! Są sprawy, które się wam zawsze wymykać będą z pod kontroli... Czy ci to nie wystarcza, że jesteś tutaj ze mną i że przeżyłeś parę godzin rozkoszy? Czy owo „gdzie?“ nie jest rzeczą drugorzędną lub zgoła obojętną?
— Masz słuszność, Kamo — przyznałem, biorąc ją za ręce. — Zawdzięczam ci wyjątkowy wieczór! Gdybyś....
Lecz rozpoczęte zdanie zamarło mi na ustach. W twarzy Kamy dotychczas tchnącej świadomością