Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— 26. lipca.
Policzyłem dni i zrobiło mi się nieswojo.
— Więc aż cały miesiąc leżałem w malignie?
— Mniejsza o to, od kiedy i jak długo; dzięki Bogu niebezpieczeństwo minęło.
— Co to było? Chyba zapalenie mózgu? Co?!
— Panie Jerzy — odpowiedział wymijająco lekarz — co zależy na rodzaju choroby? Nomenklatura obojętna. Przeszło, minęło — myślmy o chwili obecnej. Jak się pan czuje?
— Jestem straszliwie wyczerpany.
— Naturalnie. Przez parę tygodni żywiłeś się pan niemal wyłącznie kwaśnem mlekiem w dawkach minimalnych.
— Czy był tu Wierusz?
— Nie było nikogo. Przyszły tylko pocztą z początkiem lipca dwa listy; leżą tam na biurku nierozpieczętowane.
— Dziękuję panu, doktorze! Ocaliłeś mi życie.
Uścisnąłem mu rękę.
— Głupstwo. Teraz muszę odejść na parę godzin. Wieczorem zajrzę tutaj znowu. Pozwalam panu zjeść dobry rosół i kawałek białego mięsa; najlepiej coś z drobiu. Dowidzenia!
Ledwo wyszedł, wyskoczyłem z łóżka.
— Listy, listy!
Drżącą ręką rozłamałem pieczęci. Pierwszy był od pani Stanisławy Grodzieńskiej z datą 28. czerwca.
— Łaskawy Panie Jerzy! — pisała matka Halszki. — Od czterech dni nastąpiło w chorobie Halszki szczęśliwe przesilenie; bóle ustały nagle 24. b. m. w godzinach popołudniowych. Dr. Bie-