Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miły, grzmotnę ze „spluwa.“ A dobry jest i nigdy nie chybia... Skąd się znamy — chciałeś wiedzieć, kochanku? Zaraz ci powiem: z mostu św. Florjana.
Informacja podziałała piorunująco. Wlepił we mnie przerażone oczy i zaczął bełkotać półprzytomnie:
— Most św. Florjana... Nie, n—n—n—ie z—znam n—nie by—byłem tam nnigdy...
— Pomogę pamięci — ciągnąłem, poprawiając się na krześle — A tego jegomościa wysokiego, barczystego, który wyszedł ci wtedy naprzeciw późnym wieczorem na środku mostu, też nie pamiętasz, co?
Z piersi Jastronia wydobył się głuchy ryk; podniósł ręce i, szczerząc spróchniałe kły zębów, jak odyniec rzucił się ku mnie.
— Stój, bo strzelę!
Zatrzymał się tuż przede mną, dysząc ciężko.
— Usiądź tam przy stole po drugiej stronie, naprzeciw — rzekłem rozkazująco.
Usłuchał pokorny jak baranek.
— Jak widzisz — mówiłem dalej, nie spuszczając go z oka — jesteś w mojem ręku. Wiem wszystko o tobie, co potrzebne.
— Ile chcesz? — warknął, zagryzając wąsa.
Roześmiałem się głośno. Ten człowiek brał mnie oczywiście za szantażystę.
— Słuchaj, Jastroń — tłumaczyłem mu, opanowawszy wesołość — Powtarzam ci raz jeszcze, że nie przyszedłem tu poto, by coś od ciebie wyłudzić. Ja twoich pieniędzy nie potrzebuję. Zatrzymaj sobie swój plugawy skarb i ciesz się nim, jeśli ci to sprawia przyjemność.
Nędznik odetchnął z uczuciem ulgi.