Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Hm... tak. Toby było możliwe. Wiesz, jabym się chętnie podjął tej misji — tylko w tem sęk, gdzie go szukać. Zagrzebał się gdzieś w jakiejś norze jak na szczura wodnego przystało.
Wierusz zamyślił się. Po twarzy jego pociągłej, o ostrym, surowym profilu przemknął cień wahania — rzadki u tego człowieka ze stali moment wewnętrznej rozterki. Lecz przemógł się szybko i, patrząc mi w oczy ze zwykłym u siebie półsmutnym uśmiechem rzekł:
— Znam tylko jeden sposób, który może naprowadzić nas na trop Jastronia: muszę użyć eksterjoryzacji.
— Termin dla mnie nie zupełnie jasny.
— Zrozumiesz w toku akcji. Lecz przedewszystkiem postawię ci jeden zasadniczy warunek.
— Z góry obiecuję spełnić wszystko co do joty.
— Musisz sam rozmówić się z Jastroniem.
— Ależ owszem; proszę o to. Bylem go tylko odnalazł.
— Drogę wskaże ci przewodnik.
— Przewodnik? Kto nim będzie?
— Wędrowiec-pustelnik.
— Gdzie mam go szukać?
Andrzej uśmiechnął się:
— Przyjdzie tu sam; poznasz go odrazu. Za nim pójdziesz.
— A ty?
Na ustach Wierusza przewinął się ponownie szczególny uśmiech:
— Ja pozostanę tutaj; będę oczekiwał twego powrotu tu w tym fotelu! Umieścisz mnie w nim, gdy zasnę.