Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To niemożliwe; sam widziałem, jak w momencie odjazdu z Czerska mąż twój wchodził do biura stacyjnego. Śledziłem dobrze jego ruchy; gdyby był wskoczył w ostatniej chwili do pociągu, byłbym to niewątpliwie zauważył. Przywidziało ci się, Stacha.
— Nie, nie — upierała się — to on, napewno on.
— A więc przekonam się naocznie; wyjdę i przypatrzę mu się dokładnie. Męża twego znam dobrze z widzenia i poznałbym go wszędzie na pierwszy rzut oka.
Zatrzymała go, chwytając kurczowo za ramię:
— Chcesz mnie zgubić?
— Dlaczego? Bądźże rozsądną, Stasiu! Przecież on mnie zupełnie nie zna; nigdy w życiu nie widział mej twarzy. No, puśćże mnie i nie bądź dzieckiem!
I łagodnie, choć stanowczo, oswobodziwszy rękę z jej nerwowego uścisku, wyszedł, zamykając za sobą szczelnie drzwi.
Na korytarzu spostrzegł przy jednem z okien mężczyznę, łudząco podobnego do Henryka Łunińskiego; te same rysy, te same zamyślone oczy; tylko strój jego zwyczajny, spacerowy,