Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jechali od dwóch przeszło godzin w stronę Rudawy, jak zwykle izolowani od reszty podróżnych, rozkochani w sobie, szczęśliwi... W jakiejś chwili Stacha wysunęła mu się z objęć i zaczęła nasłuchiwać.
— Ktoś przeszedł korytarzem i zatrzymał się przed naszem coupé — szepnęła, wskazując ruchem głowy oszklone drzwi, wiodące do przedziału.
— Zdawało ci się — uspokajał ją równie zniżonym głosem — a zresztą każdemu wolno zatrzymać się na korytarzu.
— Może nas podgląda?
— Daremny trud, drzwi są szczelnie zasłonięte.
— Muszę się przekonać, kto to taki.
I ostrożnie odsunąwszy rąbek firanki, wyjrzała przez szparę na korytarz. Lecz niemal w tejże chwili śmiertelnie blada cofnęła się od okna w głąb przedziału.
— Co tobie, Stasiu?
Nie odpowiadała czas dłuższy, utkwiwszy przerażone oczy w drzwi. Wkońcu, tuląc się drżąca do jego piersi, wyszeptała:
— Henek stoi w korytarzu.