Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dnia pewnego nie stanąć nad jego grobem; usunął się w porę w cienie zaświatów, bo nie chciał przeżyć swego wielkiego uczucia. To był genjusz miłości.
— Podziwiam was oboje: namiętność jego i twój objektywizm, Pani.
— Uczucia moje — rzekła wyniośle — są moją wyłączną własnością; wobec osób trzecich uważam za stosowne mówić o tem zdarzeniu jako o dziele sztuki jedynem, wyjątkowem. Zechciej i Pan, kochany przyjacielu, patrzeć na nie i oceniać je tylko z tego punktu widzenia.
— Zastosuję się do woli Pani, senjora — zresztą pozwoli Pani zwrócić sobie uwagę na to, że nie prosiłem o zwierzenia.
I powstałem z ławki. Milcząc wyciągnęła ku mnie rękę na znak zgody. Przycisnąłem ją do ust i rzekłem:
— Późno już i strażnik wzywa do opuszczenia cmentarza.
I rzeczywiście zbliżający się z głębi alei jakiś mężczyzna dawał nam zdaleka znaki.
— Tak, czas wracać — przyznała zamyślona. — Cmentarz zamykają tu wcześnie.