Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miętania przepływał od duszy do duszy, kojarzył w zaziemskim uścisku i kołysał jak dzieci w kolebce na falach marzennych upojeń...
Oto ich podróż poślubna, w parę dni po zawarciu związku w modrzewiowym, podgórskim kościółku...
Gorąco, skwar — połowa lipca. Przez otwarte okna przedziału obserwują krajobraz przytuleni do siebie głowami.
Pociąg wspina się na poziom przełęczy; z obu stron szlaku wyrastają jak z pod ziemi strome, niemal prostopadłe kulisy want; rzegotanie kół odbija się od zboczy parowu i wzmocnione przez skalne uskoki brzmi długo i kilkakrotnie niby przedrzeźnianie się górskich genjuszy... Minęli przełęcz. Po lewej, hen, ku południowi rzucają się w dal szerokim gestem roztocza węgierskiej puszty, na prawo zamknęły horyzont północy tatrzańskie turnie. Niby drobny, czarny żuk przesuwa się pociąg pod ich granitowym okapem. Minęli Szmeks, prześmignęli jak myśl przez Poprad — Felka... Na lazurze nieba zarysował się imponujący masyw Krywania...
Stacha i Henryk wysiadają na małej sta-