Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Brodzińskiego — odparł, nie spuszczając rozkochanych oczu z jej twarzy...
Zmierzch już rozwieszał nad miastem szare chusty cieni, gdy mijali rogatkę...

Powrót do jawy nazajutrz rano był dla obojga nader bolesny. Rozkoszne obrazy snu, łamiąc się ostrą linją z rzeczywistością, wywołały nastrój nie do zniesienia. Henryk dnia tego zjadł obiad poza domem. Stacha nie zjawiła się przy stole wieczorem; małżonkowie nie widzieli się dnia tego zupełnie.
Nastąpiło parę nocy nijakich, bezbarwnych. Potem sny powróciły. Jakby ulegając niedocieczonym prawom wzajemnego oddziaływania na się dusz bardzo sobie bliskich lubo rozdzielonych złudną przeponą ciała i jego spraw, oboje śnili równocześnie o swej wielkiej, przedwcześnie zgasłej miłości. Tęsknota za minionem szczęściem tłumiona za dnia pod maską obojętności, paraliżowana przez obrażoną dumę płci, tem bujniej rozkwitała w snach, łącząc napowrót złotą zworą to, co rozdzielił świat zmysłów. Nad samotnemi łożami małżonków pochylał się noc w noc anioł miłości i szeptał śniącym słowa pociechy i ukojenia. Cudowny prąd miłosnego zapa-