Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O tak, przegrałem z kretesem na całej linji...
Ornament senny mąci się, zaciera, przechodzi w kompleks chaotyczny, dla sprawy głównej, duszę po brzegi wypełniającej już obojętny...

Tej samej nocy prześniła Stacha cudowny okres swego narzeczeństwa. Wsparta słodkim bezwładem dziewiczego ciała o ramię Henia, szła z nim wąską ścieżyną poprzez młody zapust olchowy. Było jesienią. W dali rdzewiały wyżółkłe już czupryny lasów podmiejskich, modrzało w pogłębionych tonacjach turkusowe niebo.
— Ogromnie lubię to nasze jesienne, polskie słońce — przerwała milczenie, wodząc rozmarzonemi oczyma po linji horyzontu. — Czy nie zauważyłeś, Heniu, że słońce u nas jesienią ma jakiś specyficzny, nieporównany urok.
— Istotnie — odpowiedział, wpatrzony w lazur jej oczu — ma coś z cichej melancholji zmierzchów.
— Niewątpliwie — o ile chodzi o stany uczuciowe, które w nas budzi — lecz ja miałam na myśli jego stronę czysto malarską; szło mi