Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ależ bagatela, panie inspektorze — uspokajał go pół drwiąco, pół zagadkowo uśmiechnięty rywal — mogę być tylko dumny z osiągniętego wrażenia.
Zaciągnął się dymem z papierosa i spuściwszy ramę okna, wyrzucił niedogarek. Sytuacja zaczęła być zajmującą. Bawiła go ta gra w ciuciubabkę z nieprzeczuwającym nic przeciwnikiem. Odczuwał złośliwą radość na myśl, że igra bezkarnie z tym człowiekiem, z którym musi dzielić miłość Stachy. Cały urok zabawy polegał właśnie na tem, że mógł w każdej chwili, jak ślimak, wciągnąć w siebie zbyt już natarczywie wystawione rogi, by po czasie znów dżgnąć przeciwnika zatrutem żądłem przypuszczeń. A tamten jakby naumyślnie wystawiał się na wciąż nowe ciosy.
— A jakiż cel mogą mieć owe pańskie przeszpiegi? — podtrzymywał w dalszym ciągu temat.
— Zwiady — poprawił go grzecznie, uśmiechając się Zabrzeski.
— Mniejsza o nazwę. Otóż jakie, zdaniem pańskiem, mogą być zamiary takiego psychicznego rekonesansu?
— To znów zależy od okoliczności, które go