Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Więc zachodzi tu pewne rozszczepienie?
W pytaniu Łunińskiego drgał ton jakby obawy.
— Ależ tak — to zupełnie jasne — podtrzymywał złośliwie swe zdanie Zabrzeski. — Proszę wyobrazić sobie, że ktoś, opanowany jakąś wyłączną myślą, „wybiera się“ duchem swym, że się tak wyrażę, „na zwiady“.
Łuniński oparł ciężko rękę o ramę okna i podniósłszy się z miejsca, pochylił się twarzą ku twarzy przeciwnika. W oczach jego przed chwilą zamyślonych, czaił się teraz strach przed czemś nieznanem i jakby tłumiony gniew.
— „Na zwiady“ powiedział pan? Jakież to „zwiady“ miał pan na myśli?
Zabrzeski uśmiechnął się z przymusem:
— Nie wiem. Mówimy przecież w ogólnikach: teoretyzujemy. To zależy od treści myślowej odnośnego indywiduum.
— No, tak — odetchnął z ulgą Łuniński. — Przepraszam pana; wziąłem rzecz zbyt osobiście. Ale ma pan tak suggestywny sposób rozsnuwania swych poglądów i przemawia Pan stylem tak dosadnym...