Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


działy wojska europejskiego, któreby zapędziły się w te strony.
Po upływie więc dwunastogodzinnego bombardowania ruszyła na wschód z całego frontu europejskiego tylko ogromna flota samolotów, zaopatrzona w nadesłane przez dowództwo okrętów amerykańskich bomby, napełnione zgęszczonym gazem, neutralizującym działanie gazu trującego.
I znów upłynęło pół doby, zanim samoloty spełniły zadanie oczyszczenia pobojowiska.
Już podczas tej czynności dochodziły do sztabów armij i władz polskich depesze iskrowe, donoszące o przerażającym widoku, który rozpostarł się przed oczami lotników. Dopiero jednak, gdy ruszyły naprzód samochodami i dotarły do frontu azjatyckiego oddziały sanitarne, przedstawił się im w całej grozie obraz, jakiego świat jeszcze nie widział.
Od Dźwiny do Dniestru, na terytorjum szerokości około stu kilometrów wszelki ślad życia zaginął.
Padając w szachownicę, straszne pociski nie pozwalały orjentować się wodzom azjatyckim, zaskoczonym tak nagle.
To też, objęte snem wiecznym, leżały pokotem całe armje!
Widziano tysiące żołnierzy, skulonych przy wygasłych ogniskach obozowych; oficerów, siedzących bez życia przy stołach, zastawionych posił-