Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wała nowa luka. I choćby ta luka była tak drobna, jak niedostrzegalna nawet przez mikroskop szczelina między cząsteczkami pozornie jednolitego kryształu, to jednak okazywała się tak trudna, tak niemożliwa do zapełnienia, jak przestrzenie międzyplanetarne.
I oto tajemnica tego, co kapłani i magowie Egiptu, Chaldei, Babilonu i Indyj osiągnęli byli pracą tysiącoletnią w głębi sanktuarjów świątyń swoich drogą zmudnych dociekań, ujarzmiania ciała i doskonalenia ducha, a co trzymali w tak ścisłem ukryciu wobec rzesz, nad któremi panowali, że doszło do nas tylko w ułamkach niezrozumiałych, lub pod postacią legend potwornych; to, co od narodzin chrystjanizmu napróżno usiłowały wznowić duchy buntownicze naiwnemi formułkami — zajaśniało nagle światłem zdumiewającem.
Owa Cybela Maia ezoteryków starożytnych, owe Sensorium Dei Newtona, owe Światło astralne Paracelsa — stały się znów aktualne i czy to pod nazwą eteronu, czy inną, ogarnęły umysły badaczów, nie będących w stanie wytłumaczyć wszystkich zjawisk metapsychiki istnieniem fal na podobieństwo hertzowskich; fal, trafiających do mózgów, nastrojonych jednakowo, jak aparaty radjotelegraficzne, lub wydających dźwięk, jak dwie struny o jednakowym tonie, gdy się jedną z nich trąci.
Prawa tej „jaźni ukrytej“, o której mówił swego czasu Karol du Prel (Philosophie der Mystik), wy-