Strona:Stefan Żeromski - Wybór Nowel.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lub i bez tego obrzyna mu nogi, które główny leśniczy kupuje po trzy grosze parę.
Matka-wrona miota się jak obłąkana, siada niemal na ramionach młodego śmiałka, czepia się dziobem jego kija, lub gałązki tuż nad nim i bije głową jak młotem, w pień, odgryza małe gałązki, i kracze zachrypłym, wysilonym, przebrzydłym głosem rozpaczy. Gdy chłopak wyrzuci pisklę, rzuca się na ziemię z wlokącymi się skrzydłami, otwiera dziób, chce krakać — głosu nie ma, — bije więc skrzydłami i skacze oszalała, śmieszna, do nóg chłopaka, jakby pierwsza ze swego rodu zrozumiała potrzebę samobójstwa. Gdy zabiją wszystkie jej dzieci, wylatuje na drzewo, odwiedza puste gniazdo i kręcąc się na nim wokoło, myśli nad czymś...
Położyłem się znowu na wznak. Cóż mię to obchodzi? Wiem, że tam gdzieś biją pioruny uczuć, na jakie my, cywilizowani, mamy lekarstwo w samobójstwie...
...Pozazdrościłem Obali i wronie. Obydwoje oni szybko zapomną. Czemby się ugasiła ich piekielna, niezgruntowana, okrutna, nieświadoma boleść, jakby przepędzili dzisiejszą noc sami w pustych swych gniazdach, gdyby nie to boskie, nie to wspaniałe, dobrotliwe, najlepsze z praw przyrody — mądre prawo zapomnienia? Dla nich «żyć» znaczy «zapomnieć» — i dobra przyroda pozwala im zapomnieć natychmiast...
Ach, jakże im zazdrościłem!...