Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
91
SIŁACZKA

Stara w przerażeniu swem do słowa przyjść nie mogła.
— Samowar macie, herbaty możecie mi zrobić?
— Jest ten ta samowar... jeno cukru...
— Masz tobie! cukru niema?
— A niema... chybaby Walkowa mieli, bo to panienka...
— Gdzież ta wasza panienka?
— A dy w stancyi nieboga leży.
— Dawno chora?
— Pokłada się to ta już ze dwie niedziele, a teraz ani ręką, ani nogą. Ścisnęło i pokój.
Uchyliła drzwi do izby sąsiedniej.
— Zaraz! ogrzać się muszę, — zawołał gniewnie doktór, zdejmując futro.
Ogrzać się w tej norze nie było trudno: z pieca rozchodziło się takie gorąco, że doktór co prędzej wsunął się do pokoju «panienki». Małą tę i nadzwyczajnie ubogą izdebkę oświetlała lampa przyćmiona, stojąca na stole obok wezgłowia chorej. Rysów twarzy nauczycielki nie można było rozeznać, gdyż padał na nie cień jakiejś dużej księgi. Doktór zbliżył się ostrożnie, lampę rozświetlił, usunął książkę i przyglądać się zaczął pacyentce. Była to młoda dziewczyna, pogrążona we śnie gorączkowym. Szkarłatem była powleczona jej twarz, szyja, ręce, — na tle tem znać było jakąś wysypkę. Jasno-popielate, niezmiernie bujne włosy leżały poplątanemi pasmami na poduszce, wiły się na twarzy. Ręce bezwiednie i niecierpliwie szarpały kołdrę.
Doktór Paweł pochylił się aż do samej twarzy