Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cie jakaś babina, podeszła do Bijakowskiego i bezczelnie zaglądała mu w oczy.
— Coście to za jedni, ludzie? Skądeście?
— Jesteśmy z kolei, chcemy rozmówić się z tutejszym panem, — mówił do niej pan Cedzyna. — Mamy do pana interes. Chcemy od niego kupić kamień... Słyszysz? Jest ten wasz pan? można go widzieć?
— Pana niby? — namyślała się baba.
— Naturalnie, że nie ciebie...
W tej chwili wynurzył się z mroku cień inny.
— Panowie kolejarze... aha... Proszę, bardzo proszę... Maryna, rypaj zapalić lampę. Każ wnosić napowrt. Proszę panów... Jestem Polichnowicz.
Drzwi, prowadzące z ganku do sieni, otwarły się znowu i przybysze wprowadzeni zostali do obszernego pokoju o bardzo niskiej powale. Stało tam mnóstwo mebli i sprzętów w szczególniejszem ugrupowaniu: komoda wysunięta była na środek pokoju, na niej leżało kilka obrazów w grubych, złoconych ramach i lustro, stół zarzucony był stosem rzemieni, uzd, batów, szpicrut, popręgów, torb myśliwskich z przyborami do polowania; roztwarty kufer odsłaniał wnętrze pełne brudnej bielizny i zniszczonej odzieży. Na łóżku, okrytem podartą kołdrą, spoczywało olbrzymie psisko z familii dogów, a na wyciągniętej kanapie spał maleńki kudłaty piesek. Gospodarz usiłował za pomocą forsownego wykręcania knota, wydobyć z zakopconej 1ampki większy płomień. Był to młody człowiek, lat około trzydziestu, nieco przygarbiony, o twarzy wywiędłej i zużytej.
— Siadajcie panowie, — mówił, rzucając z krze-