Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


namiotu, smugę wody jeziora, oświetloną przez iskry... W tym obozie, poza skałami, zakrywającemi go od wschodu, była jeszcze noc zupełna. Gdyby Gudin mógł ogarnąć wzrokiem całą pozycyę i gdyby mógł widzieć drogę, którą należało przebyć, okrążając pierwszy szczyt łańcucha Nāgelisgrātli, byłby uderzył natychmiast.
— Za chwilę się rozjaśni — mówili do niego oficerowie, szczękając zębami z zimna i szpadami z niecierpliwości.
Nim się obejrzeli, biaława światłość rozlała się po niebie. Ujrzano daleki horyzont, najeżony turniami. Cały obóz Gudina zerwał się na nogi, z niewymownem utęsknieniem wyglądając słońca. Ustawiono żołnierzy, o ile to było możliwe, w styku bojowym na osypisku — i jeszcze wyczekiwano.
Wojsko pragnęło bitwy z głodu, zimna i wściekłości. Kilku oficerów pobiegło z Fahnerem zbadać przejście.
Każda minuta ich nieobecności wydawała się Gudinowi i żołnierzom niezmiernie długą. Dreszcz wewnętrzny już nie zimnem, a!e jakąś nieznaną boleścią przeszywał serca. Mgły, rozhuśtane w rozdołach — lekkie, suche, powiewne szły teraz na cztery strony świata. Zakrywały sobą wszystko, nawet góry okoliczne. Tylko w pobliżu czerniał coraz wyraźniej zmoczony przez nocne tumany ten ze śpiczastych wierzchołków Nāgelisgrātli, przy którym stał dowódca. Gdy tak w mocnem skupieniu wszyscy czekali, nagle z za szczytów, wznoszących się na końcu doliny Urseren, wypadł promień słońca. Jak straszliwa śmiga jednym swoim obrotem uderzył w niewidzialne pod mgłą wąwozy,