Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nacya idzie jeszcze dalej: żołnierze nietylko wyrzekają, ale nawet nie jedzą po całych dniach.
— Ja im w tych górach obiadu nie stworzę!...
— Oni też nie liczą na sztukę stwarzania i w sposób idyliczny rabują szwajcarskie wsie i mieściny. Przyszli z jednej i niepodzielnej rzeczypospolitej, mieli przynieść na ostrzu bagnetów braterstwo i inne przysmaki, tymczasem wnieśli tu przemoc i gwałt, a zostawiają, jako ślad swego pochodu, — ruiny i popioły. Cóż to uczyniliśmy z Meiringen, z Interkirchen?
— Kogo śmiesz pytać, obywatelu? — wrzasnął Gudin.
— Generała, który ma prawo skazać mię na śmierć i rozstrzelać. Jestem nieznanym oficerem, jestem tak dalece pozbawionym koligacyi, że nie mam nawet stryja, któryby mię protegował... Istotnie! jestem z motłochu. Widziano mię wśród sankiulotów za dni wrześniowych. To też, kiedy generał brygady Cezar Karol Stefan Gudin de la Sablonnière zapytuje mię.
— Nie odpowiadam na podobne zaczepki! — rzekł dumnie generał, bokiem odwracając się do hardego kapitana i wydymając usta. — Nie stryj mię proteguje, lecz ja sam siebie! Byłem na San Domingo w armii Ardenów pod Ferrandem, byłem w armii północnej i w reńskiej, byłem w Niemczech pod Moreau, krwią i ranami zdobyłem szlify w dolinie Kintzig...
— Kapitan Le Gras pragnie złożyć plan operacyi, której celem jest zdobycie Grimsel — rzeki wolno i ozięble podpułkownik Labruyère, mężczyzna ogromnego wzrostu, z wielką, wygoloną twarzą, obwisłą dolną wargą i posępnie mądrym wyrazem oczu. Milczał on dotąd,