Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 2.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


kturach politycznych, rozjaśnionych albo przewidzianych w mieście gubernialnem przez tamecznego polityka. Co pewien czas goście zadawali stryjowi Michałowi pytania, żądając wyjaśnienia rzeczy bardziej zawikłanych. Stryj wyjaśniał ze swem zażenowaniem. Piotr kilkakrotnie chciał uzupełnić te wyjaśnienia, spostrzegłszy, że komentarze stryjaszka nie zupełnie ściśle odtwarzają istotę rzeczy. Ale dał pokój. Było i tak w miarę dobrze. Z roztrząsań subtelności i matactw polityki zagranicznej Salisburego, które się w dyskusyi wyłaniały, Piotr spostrzegł, że wszystkie wyobrażenia pozagospodarskie i pozamiejscowe goście wioskowi mają zupełnie takiesame, jak stryj Michał, aż do stopnia zupełnej tożsamości. Mówili tesame zdania i temisamemi zwrotami. Śmieszyły ich zjawiska i myśli, które jego śmieszyły, a podobało im się to tylko, co on lubił. Wkrótce te dyskusye z zakresu wyższej polityki wyczerpały wszystkich. Znać było, że sen kładzie dłonie na powiekach gości. Pożegnali się i wyszli. Te wizyty powtarzały się codziennie. Przychodzili cisami i inni, po dwu, po trzech i w liczniejszej grupie, z najbliższej wioski i z odleglejszych przysiółków. Skręcali w palcach papierosy, dużo po sobie zostawiali dymu i chłopskiego zapachu, czytali gazetkę, gwarzyli o świecie i znikali w zmroku. Stryja Michała zawstydzały zawsze te chłopskie wizyty. Tłomaczył się przed Piotrem, że się chłopstwo do niego znęciło, a teraz już przez samą grzeczność i przyzwoitość, której dwór bądź