Strona:Stanisław Przybyszewski - Polska i święta wojna.djvu/17

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    żały całymi stosami na starodawnym klawicymbale, wprawdzie nie w książkowem wydaniu, ale jako luźne zeszyty z tekstem, nutami do śpiewu, a na okładkach widniały piękne litografie, które się głęboko w pamięć dziecka wraziły. Były tam wizerunki polskich generałów, Chłopickiego, Skrzyneckiego, Umieńskiego, pomnę Poniatowskiego, który na swej siwej klaczy do Elstery wskakuje, kosyniera polskiego, który się zabiera do krwawej kośby i widzę księżyc, który »z za chmury — wygląda ponury« i przypatruje się śmierci zdrajcy ojczyzny i widzę mogiły, nad któremi »lecą listki z drzewa, co wyrosły wolne« — tekstu wtedy odczytać nie mogłem, bom jeszcze wtedy języka niemieckiego nie znał, ale te piękne litografie służyły mi jako wzory do bezlicznych rysunków.
    To był mój dziadek ze strony matki, Jan Grąbczewski, który był oficerem w wojsku polskiem, a po ukończonem powstaniu, ciężko ranny, wyemigrował do Prus Zachodnich i tu z skrzętną miłością zbierał dowody sympatyi, może niezrozumiałej dla dzisiejszej generacyi niemieckiej, sympatyi i nieomal ekstatycznego uwielbienia dla sprawy polskiej.
    A wszystkie te pieśni, te litografie były niczem więcej, jak tylko jedną wielką, szczerą gloryfikacyą powstania 1831 r.: entuzyastyczny jego rozpęd w samych początkach, powitany przez najszlachetniej szych w narodzie niemieckim z niesłychanym zapałem, gorączkowy niepokój, z jakim nierównomierne perypetye tych