Strona:Stanisław Przybyszewski - Polska i święta wojna.djvu/15

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    cież małe szanse zwycięstwa, teraz wobec wnuków i prawnuków tego samego narodu, którzy ostatni swój grosz na ołtarzu »świętej« sprawy składają i za nią ostatnią kroplę krwi przelać gotowi?!
    Pewno, że czasy i stosunki tysiąckrotnie się zmieniły, tysiące nieporozumień w międzyczasie powstało, brak zaufania i pług nieufnych podejrzeń wyorał głęboki rów między tak blizko z sobą sąsiadującymi narodami, a wspólna nienawiść wzeszła trującym zielskiem na sąsiednich polach — ale w tej wielkiej godzinie, która teraz wybiła — wspólna Dola, wspólny Bój o najświętsze ideały skojarzyła, — przecież się nie mylę? dusze obydwóch powaśnionych sąsiadów.
    Polscy legioniści, których odwagę, bezgraniczną ofiarność, bezwzględną pogardę śmierci, dwóch cesarzów w zaszczytnych słowach podnosiło, walczą ramię przy ramieniu z austryackim i niemieckim żołnierzem w serdecznem zbrataniu przeciwko wspólnemu wrogowi — i wierzę, że teraz nadeszła chwila, w której możliwem jest zawarcie sojuszu między dwoma, na tej samej kulturalnej wyżynie stojącymi narodami, Polakami i Niemcami, — duchowy sojusz, polegający na wspólnej wierności — i to nie zawarcie, ale odnowienie onego sojuszu, który datuje z 1831 roku, a który będzie najpiękniejszym dowodem stałości i wierności duszy niemieckiej.
    Jakżeż to wtedy było?
    Nikt z współczesnych onych czasów pamiętać nie