Strona:Stanisław Przybyszewski - Poezye prozą.djvu/31

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.




    Kędyż Cię szukać?
    Wyciągam ku Tobie ramiona, zatapiam ręce w Twem ciele, rzucam się przed Tobą na twarz chwytam złote promienie Twych włosów...
    Jedno niebo zerwałem, by Cię pod niem pogrzebać, rzuciłem na Ciebie błyskawicę, ciężką jak spadająca wieczność, byś mi nie uciekła...
    O nie! nie! Już ja nie pochwycę Cię!
    Kędyż Cię szukać!?
    Jesteś grozą nocy, gdy potoki błyskawic rozszarpują niebo w szerokie brózdy, gdy wiosenne wichrzyce najpotężniejsze pnie jak suche łamią trzciny?
    Twojeż to oblicze żarzy się w łunach płonącego nieba? Tyż to płyniesz na spienionych grzywach smaganego przez orkan morza?
    Och chwycić Cię?
    Wieniec z pieśni gwiezdnych, co dżdżą w moje noce, zwiję na jasnowłosą Twoją główkę, rozpłoniesz wszemi łagodnemi żary chwil zmrokowych, będziesz jako cichy duch nocy głęboka i piękna jako jego wieczność.