Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Znad lasu
Schodzi nam naprzeciw
Ziąbu wysoki i ożywczy promień.

Jest ziąb bociani. Ten od gniazd się bierze.
Jest ziąb podziemny. Ten we studniach dudni.
Przez niebo łatwiej, przez ziemię iść trudniej —
Przez ziemię węziej, przez niebo iść szerzej.
Tańczymy z ziąbem. Bierzemy na piersi
Poblask srebrzysty i delikatny.
Spadamy w tańcu — i chociaż nie pierwsi,
Czyżby ostatni?
Nie, przedostatni.


VI

Ta elegia była zwierzęciem. Teraz jest żałobą —
Twarze zmarłych zwierząt odchodzą tak lekko
Jak ich oddechy — obłoki ulatujących nieśmiertelnych dusz —
Przez nikogo nie zapamiętane.

Tego naucz się każdy, któ dotykasz próżni,
Aby w niej przeczuć nęcący swąd zwierzęcia:
Powołane z trudem,
Rozpyla się w kurz.

Ktoś posadzi drzewko,
Ktoś kaktus podleje o imieniu psa,
Ktoś budzi się w nocy
I z krzykiem wzywa zabitego przez siebie zająca.