Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


(Tu należy zaprzęgnąć całą wyobraźnię: zgon krowy,
Tak, widziałem zgon wołu — rzeźnik miał rękawiczki z białej
Przezroczystej gumy. Jego pomocnik wymalował sobie nad lewym kolanem
Oblicze Chrystusa. Ale kiedy go zagadnąłem
O sposób zabicia nosorożca, spoważniał.
— Widzi pan — powiedział —
My to mamy na uwadze. Sprostamy, kiedy nadejdzie potrzeba.
Na razie to jeszcze nie zachodzi.
Wszystko odbywało się w przeraźliwie przezroczystym słońcu.)

Mój Boże,
Jak leniwie strzelamy
Do wałęsających się na podlasiu elegii —

Więc niech będą błogosławione uszy: wysmukłe kolebki ciszy.
Więc niech będą błogosławione plecy: rozległe plantacje nerwów.
Więc niech będą błogosławione kościoły,
Stojące tam — i tu,

W ciemnych wądołach nocy: białe i opuszczone.