Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bo ty, Zuzanno, zbiegłaś spod topora,
Jest w twych zakątkach woń zimnego potu...
Może tak gęsto zjeżył się twój włos,
Że na twym włosie miecz się pogruchotał?

Ja wiem, Zuzanno, uciekłaś spod ściany,
Masz smugi ognia nad muszlami uszu,
Może twój oddech przedśmiertny jak wiatr
Drogi pocisków po świecie rozproszył?”

Ona: „Majorze, pan mnie już nie kocha?
Och, pańskie dłonie są takie ruchliwe!” —
Płacze i patrzy na twardą mą grdykę.
Jak w fałdach skóry wędruje samotna.

Jak coś nabrzmiewa w guzach moich szczęk,
Jak tarcze czoła robią się rozdzielne,
Jak kamienieje każda moja stopa
W rzeźbę skruszoną deszczami i wiatrem.

Adwokat
Na strych Zuzanny przemykam się chyłkiem,
W białych pończochach z intymnej bawełny —
Najlepiej nocą, gdy księżyc niepewny
Omszy mą postać zielonkawą mgiełką.

Wtedy — wśród koszul wiszących na sznurach —
Na tyle jestem — ile zwątpić można,
Że ciągle musi Zuzanna ostrożna
Szukać mych kształtów wśród innych konturów.