Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ła tylko ze mną a ciągle ktoś prosił ją do tańca, i prosił ją też Jeden Ze Znanych — bo byli tam i tacy — Starszych Piszących i nie poszła, pomyślałem więc że chyba nie wie Kto To Jest i powiedziałem jej, lecz ona wiedziała, po chwili powiedziała i trochę jakby nieśmiało że będzie tańczyć tylko ze mną i byłem bliski uklęknięcia przed nią, o Andzie prawie zapomniałem prawie nie myślałem, widziałem go jak tańczył z jająś jasną blondynką, widziałem to niewyraźnie wszystko nagle jakby zniknęło i była tylko ta obok mnie dziewczyna czułem się prawie szczęśliwy, byłem prawie szczęśliwy — zaraz jak tam przyszliśmy wyrzygałem się i gdybym miał jeszcze to najwcześniej za godzinę i mogłem o tym nie myśleć nie zaczynały mi się jeszcze powtórne mdłości i bóle żołądka — prawie szczęśliwy, pomyślałem że dawno już bardzo dawno nie było mi tak pięknie; jakieś przypominania, i równocześnie odchodzenie w czerwonawe pełne mokrych gałązek światło, i kiedy And stanął przede mną i spytał „jest ci dobrze?” odpowiedziałem jakby stamtąd z daleka „jest mi dobrze” i gdy on powiedział „mnie też” to byłem jeszcze tam, pośród tych w świeceniu jakiegoś świtu wilgotnych liści, i mechanicznie bez zastanawiania się, tak jak powtarza się, nawet we śnie, wyuczone lekcje, powiedziałem: „no to idziemy”, i chyba równie mechanicznie wstałem


Och, ten człowiek — byłem już chyba trzeźwy nie mogłem się mylić — ten sam, stał jak poprzedniej nocy w tym samym miejscu na skraju chodnika (na skraju chodnika a był deszcz jak i poprzedniej nocy) —