Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lacji nie będzie dość miło to mamy jeszcze ten pokój w hotelu i karty, kupimy jeszcze wódkę i możemy przez całą noc grać w pokera i śpiewać — mówiłem myśląc: „żeby mi wierzył, żeby tylko wierzył w mój zapał”, — powtarzałem to sobie i wtedy, w nocy, później, gdy już wróciliśmy z tamtego lokalu i znowu zaczęliśmy grać —
Lecz była jeszcze, w tym trzecim, naszym ostatnim tam dniu, chwila łagodna; tak, łagodna, bardzo spokojna;
zbliżał się już wieczór i kontynuowaliśmy grę w karty i śpiewy i And może rzeczywiście uwierzył że mnie to bawi, bo w pewnym momencie przypomniał, że przecież mamy bilety do teatru, a bilety dostali wszyscy Początkujący, to i my powinniśmy tam iść i grzecznie spędzić te dwie godziny w teatrze,
ale po zejściu z naszego piętra zorientowaliśmy się że mamy jeszcze trochę czasu i postanowiliśmy poczekać tam na dole, w kawiarni czy restauracji naszego hotelu;
miejsca przy stolikach były prawie puste; i chyba nie było tam żadnej kobiety, a w każdym razie nic co mogłoby zwracać naszą uwagę, może drażnić; wypiliśmy oranżadę a potem zamówiliśmy kawę i po chwili zaczęła grać orkiestra, niezbyt głośno; jakieś stare walce i tanga, i jeszcze z początku coś mówiliśmy, może nie za bardzo inaczej niż poprzednio, ale już bez uśmiechów, więc nasze słowa, zdawało się, znów jak w pierwszym tam dniu, zaczynały znaczyć to co normalnie znaczą, o czymś chyba nieważnym i nie pamiętam prócz wrażenia że nasze gadanie znów jakby wracało do jakiejś normy, a potem And przestał mówić, zrobił tylko minę idioty, a raczej maskę