Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cze leżąc w ubraniu zasypiając: „tak; ale nie dam się wyprzedzić”, „zaraz wstanę, wezmę karty”


Zbudziłem się około południa — a jeszcze w nocy zrywałem się parę razy i myślałem o kartach — zbudziłem się i ze zdziwieniem spostrzegłem że Anda nie ma, przez chwilę jeszcze leżałem a potem zajrzałem pod łóżka i do szafy, nie było go, zapaliłem papierosa mało się już zresztą zastanawiając nad jego nieobecnością, potem z powrotem położyłem się,
tak, on zaraz wrócił; musiał wstać niewiele wcześniej przede mną i wyszedł tylko po wódkę,
gdyśmy szli na obiad pomyślałem że on chyba coś jadł bo wydawało mi się że tylko ja jestem trochę pijany, a później po powrocie (w czasie obiadu siedzieliśmy przy stoliku sami, nikt się do nas nie przyczepiał, my również do nikogo) myślałem że to on jest pijany, pijany bardziej niż ja; ponieważ to nie on lecz ja powiedziałem, że będziemy śpiewać „W krzyżu cierpienie”,
klęcząc w kątach śpiewaliśmy na dwa głosy, potem graliśmy w pokera, potem znowu śpiew i znowu poker; robiliśmy to z zapałem; ja chciałem aby on był przekonany że mnie to bawi, żeby nie miał co do tego żadnej wątpliwości (a czy mnie nie zaczynało bawić naprawdę, w tej i jeszcze w innych chwilach?), powiedziałem nawet, że ponieważ ten dzień zaczął się dla nas dość późno musimy teraz to nadrobić, nie możemy nic stracić, fakt że jesteśmy tutaj na tej imprezie i że jesteśmy razem, my obaj a także z tamtymi Początkującymi, ten fakt musi być wykorzystany i jeżeli później tam na ko-