Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie, ja
A jak to twoje miasto jest stare to odpadały tam gdzieś z wysoka gzymsy czy z wiosną lodowe sople spada taki ciężki i ostry jak artyleryjski pocisk — gdyby ci już trudno było o coś pospolitszego
ale
i wiedząc że na sto różnych sposobów codziennie może cię zmieść trząsłeś tak portkami po całych dniach i nocach?
Ale ja mówiłem o butach, że obawiam się że nie będzie nawet na parę godzin chodzenia, trzyma najwyżej co trzeci kołek.
Gdybym miał szewski młotek, ten jest za ciężki, ale już szpilor dużo kosztował. Te kołki też robią rasowe, ponabijać by im dupy takimi kołkami.
Zdaje się że mają właśnie nabijane. I nie tylko ci od kołków.
I zdaje się niezupełnie kołkami, co? I my się tym bardzo martwimy.
Ty się cieszysz?
Nie. Zupełnie mi to obojętne. Kiedyś mi się ( ( (
Co?
— pewne akcenty radosne ocalały jednak. Choć nie takie jak mi się kiedyś roiły gdym o tym myślał. A jakieś, rzekłbym, intymne, i cichutkie.
Nie masz papierosa?
— I mam tu jeszcze... gdzieś tu... gdy zmierzch dość nastrojowy... o, jest, — łykniesz sobie? — wreszcie mi się to wszystko widzi jak jaki festyn, prowincjonalny, z wrzaskliwą muzyką i fajerwerkami; można się trochę poprzyglądać i posłuchać pociągając z flachy.
Zanim się samemu nie stanie fajerwerkiem. Ale mi się wydaje że powiedziałeś to z goryczą.
Czy iskrą we fajerwerku. Chyba że miałeś żyć wiecznie. — Taki koniec, pomijając że bezbolesny, jest dość ładny, a i ozdobny. — Iskrą — lubię tę dbałość o precyzję.