Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z najbliższych realnych posunięć to porozumieć się z jedną kobietą prowadzącą zakład zamknięty dla dzieci głęboko upośledzonych — możliwość wegetacji tam i ta izolacja jedna z moich no potrzeb czy konieczności, i decyzja ta nie jest cofnięciem się moim czy zahamowaniem czy wynikiem stanu histerycznego ja tu nie mogę ja tu absolutnie skupić się czy cokolwiek; ten zakład ja widziałam i dzieci z wodogłowiem widziałam i dzieci-wilczki gryzące się wzajem i ponuraki wykonujące swój rytmiczny jakiś taniec, wszystkie one poza barierą której nie będzie dane przeskoczyć im. No pojadę tam, to sprawa czasu potrzebnego na uporządkowanie rzeczy które wierzę tam się rozemną rozprostują, a do tych stworzeń to nawet serce mam — prosto stosunek mój do nich będzie stosunkiem do siebie samej, kobieta do której napiszę jest przełożona pielęgniarek czterdziestoletnia śliska i zawiedziona, stałego lekarza tam nie ma to dość cwany narodek, proces przepływu lekarzy prosty — skierowany stawia warunki (mieszkanie itd. itp.) Ministerstwo Zdrowia czy WRN nie jest w stanie spełnić tych warunków lekarz odchodzi; ta kobieta dużo tam robi, decyduje lub własnoręcznie stosuje dawkowanie leków, wyrywa zęby, pompuje ropę, pisze od dwudziestu lat pamiętnik, fantazjuje; żal mi jej nawet ale tak bezosobowo. Nie jadę tam z hienowatości lecz pewna daremność mojej sprawy, sprawy tego dziecka (w czym i zawarte — tych dzieci), jest za rozwiązaniem tej mojej sprawy tak. Proszę Cię nikomu, czasem jest ktoś znajomy i Twój i mój, nikomu nie mów tego, nie chcę szarańczy choćby nawet bezinteresownego żerowania.
Jednym z moich niewielu pragnień byłoby zobaczyć Ciebie byłoby może dotknąć Ciebie jakieś rozłupanie kory póki nie zima i drzewa też dotykać.
Jeszcze będzie wojna i z porażonych ocalonych z tych niewielu narodzi się trochę degeneratów rozpełznie na finał.
Stąd te dzieci ten zakład we mnie zrozum obejmij.
Dzień u mnie dawny ten poranek pamiętam i co mówiłeś i zapamiętałam to przetłumaczenie „hale piekła” — że gdy co kochane to choćby w halach piekła.
Do widzenia, i na pożegnanie gdy myślę Twoje imię słyszę jakieś inne słowo i szum — to mózg zmęczenie.