Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do szpitala — nerki, oczy bez zmian, chyba nie do wyleczenia. Także proszę Cię nie pokazuj tego co Ci piszę nikomu.

środa
Nie będę próbowała odpowiadać na Twoje pytania ze świadomością że są to pytania myślę odpowiedzi byłyby tendencyjne wobec mojego większego pytania: dlaczego mi zadajesz tego rodzaju, nie, w ogóle dlaczego?
U mnie one po prostu spowodowały pewne zahamowanie i stąd milczenie a dalej ciągle powracały powracają jako pytania już samej sobie stawiane, próbowałam już kilkakrotnie pisać o tym, nie do Ciebie ale w ogóle. Ale myślę że jeżeli można cokolwiek zrozumieć pojąć to albo natychmiast bardzo blisko zjawiska — wstrząs — albo poprzez wiele wiele warstw co nazywa się chyba dystans — odległe uspokojone widzenie. Niepotrzebnie mieszam tu jakieś pojęcia (ten „dystans”) dotyczące twórczości przecież Twoje pytanie, nie, moje pytanie ma być jakimś pełnym zastanowieniem. Chciałabym szeroko bardzo podać kilka dość mnie ja wiem dotykających może formujących mnie powoli zdarzeń.
Było dawno może miałam pięć lat może nie kiedy matka wysłała mnie do starych obcych ludzi pod Bazyleę, ja nie umiałam niemieckiego języka tam pierwsze bicie w wyniku nieporozumienia pierwsza nienawiść wyniszczyłam wszystkie rude kwiaty jakieś nasturcje czy nagietki które z iście niemiecką dokładnością pielęgnowali, tam Francuzka pierwsze porozumienie językowe — sprzymierzeniec — duże lalki słodycze i zaduch staropanieństwa wylewność śliskie całowania, miałam od biegania twarde bardzo uda, wtedy też pierwsze kradzieże z wzorowo prowadzonego przedszkola jakieś części z których można było samoloty mosty takie zazębiające się części — nie z braku kradzieże chyba jakby namiętność wczesne ryzykanctwo. Powrót do Francji, bardzo krótko z matką, ciągle po ludziach, jakiś mocny zapach moczu prania noce bardzo wiele osób w łóżku wielkim i obowiązek budzenia młodszych od siebie żeby się nie podlewały, później obóz PCK prowadzony przez matkę i tam rodzeństwo polskie czternastoletnie sieroty Janeczka i Jacek oni mieszkali w jednym