Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mam ślicznego Baudelaire’a i Eluarda po francusku i trochę sobie tłumaczę czytam.
Całuję mocno mocno.


....

To nieważne. Twój list przysłano mi tutaj z domu. Zaraz gdy tu przyjechałam skręciłam nogę i leżę teraz nie mogę się nigdzie ruszyć. To było najpierw więzienie i nawet niebo jest w kratkę. Wiesz, nawet nie cholera mnie bierze tylko chandra. Nie będę mogła chodzić jeszcze z tydzień a potem zaraz szkoła, już wrzesień. Dowiedziałam się jeszcze że oblałam rok; cofnęli mi poprawkę. Pies z nimi tańcował. Lecz mam jakiegoś cholernego pecha. Po Twoim liście jeszcze bardziej pluję sobie w brodę, bo wiesz — takie kontrasty!
Czytam Biblię co mnie rozwesela ku rozpaczy współlokatorek.
Namalowałam parę nowych rzeczy ale to idiotycznie przesyłać tak na odległość.
W nazwa pisma i również jakby klubu młodych twórców zupełnie skretynieli (byłam tam przed wyjazdem); robią jakiś kabaret, i chcą mnie do tego wziąć.
Pod nami jest duża piwnica z trzyletnim winem. Razem z Baudelaire’m pomagamy tym tutaj ludziom w opróżnianiu. Jak się jest odciętym to można się cieszyć takimi małymi rzeczami, deszczem na przykład; dziś właśnie pada.
Chciałam żebyśmy się zobaczyli i czemu to wszystko tak dostało w łeb.
Napisz tu lub do domu.
Gdyby się tak powiesić.
Ściskam Cię.
Ten list jest nieszczery rozhisteryzowany, to nie moja wina. Napisz.


....

(59 r.)
Ten człowiek, ten człowiek nie zabił motyla. To wszystko. Chcesz żebym Ci powtórzyła co mówiłam kiedyś ale ja tego teraz nie odbieram, śmieszy mnie trochę nie on ile