Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przypominając sobie tamto twierdzenie o tej czystości czegoś takiego nie wiem czy istotnie czyste ale na pewno wznoszące trochę w te jakieś rejony nawet bym powiedział przeczyste i gdy się zastanawiam czy też oczyszczające myślę że w każdym razie wpromieniowujące coś w tym rodzaju — ból więc ale zamiast przybijający jest raptem czuje się jak wznoszący i tym jakby nawet drogi, to tak chyba święci męczennicy —
ale tak nie czuję tego już teraz lecz tak czułem i tak sobie mówiłem chyba wczoraj jechałem tramwajem był późny wieczór czy już gdym czekał na ten tramwaj i w jakiejś chwili było jakbym — lecz uporządkujmy to — muszę stąd wychodzić bo mi się chwilami wydaje że jestem zamurowany w tych ścianach to tudno znieść lecz wyjść mogę gdy ciemnieje lub się jeszcze nie za bardzo rozwidnia — o świcie zresztą jest ich mniej choć i wtedy muszę zawsze się już natknąć na kogoś i musi mnie obmacać przechodząc spuszczam głowę ale to mu nie przeszkadza — nigdy nie wyglądałem za dobrze ale teraz całkiem już wyjątkowo i to ich pociąga też całkiem już wyjątkowo i pobladłem czy i pożółkłem — lepiej by pomyślał każdy z nich o swojej takiej bladości przychodzi taka lub podobna na każdego — odkryłem w tych wędrówkach ulice trochę pustawe jakieś boczne czy i peryferyjne i mniej oświetlone niż inne lecz nie całkiem ciemne — wyłączyć mi światło tak o mnie pomyśleli ale nie tak żeby powyłączać trochę tych świateł na ulicach odnoszę wrażenie że pomyśleli o mnie jeszcze tak żeby pozapalać dużo nowych świateł na ulicach i w tramwajach — znalazłem się tego chyba wczorajszego wieczoru trochę za daleko i nagle było mi dość słabo na chwilę tak mi jakoś pociemniało w oczach i wydało mi się że na nogach będzie mi trudno wrócić doszedłem do przystanku tramwajowego dość ciemnego na szczęście i czekałem na jakiś mniej oświetlony lub najlepiej z popsutym oświetleniem — bo i na skutek jeszcze pewnych uszkodzeń mojej maski najwyraźniej biorą mnie w dodatku za syfilityka i to w tym już stadium najbardziej ich fascynującym i odstępują ode mnie tak z metr nie dalej i z tej odległości szczerzą na mnie swoje ślepia odstąpcie ode mnie dalej — jechały same jasno oświetlone tramwaje stałem tam oparty o mur jakiegoś