Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ryta.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Co?
— Prócz niego tę samą rolę odgrywa i Waryński!
— Waryński? Łżesz... łżesz...
Twarz prezesa była fioletowa. Jeśli poprzednio, posłyszawszy o Otockim zachwiał się na nogach, teraz ogarnął go gniew, iż zdawało się, że wnet rzuci się na córkę. Oskarżenie padło tak potworne, że nie chciał mu dać wiary.
— Łżesz!... — krzyknął, postępując ku niej o parę kroków.
— Waryński sam to potwierdzi!
— Potwierdzi?
— Przybył wraz ze mną! Oczekuje obok...
— Waryński... przybył... wraz z tobą?....
Ciężko opadła głowa na piersi starego człowieka. Cofnąwszy się, bezsilnie osunął się w fotel. Straszne! Okropne! Nadal nie mógł się łudzić...
— Czy mam go wezwać?
Przez chwilę nie dawał odpowiedzi. Grały w nim resztki dumy. Zawezwać ma tego jegomościa, którym oddawna pogardzał, przeczuwając niewyraźną przeszłość? Posłyszeć z ust „buldoga“ rzeczy wstrętne o Verze, którą czci i kocha nad życie? Dowiedzieć się, że typ ten czynił, co chciał z piękną kobietą, podczas gdy jemu pozwalała najwyżej ucałować końce paluszków? Czuł, iż nie wytrzyma tej tortury i już pragnął zawołać stanowczo — nie! — gdy znów targnęła nim bolesna chęć zgłębienia prawdy aż do dna.

A ona tymczasem, niczem demon przewrotny, przemawiała:

126