Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Kobieta, która niesie śmierć.djvu/22

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Pani pragnie mnie kupić? — wyrwał mu się mi mowolny okrzyk.
    — Może! — W jej oczach zagrały szmaragdowe błyski. — Proszę prędzej wymienić sumę, gdyż naprawdę śpieszę się do domu!
    Pomyślał chwilę. Wszystko to było nadzwyczajne, ale przecież dziwna kobieta nie stawiała wzamian żad nych warunków. Czyż nie należało skorzystać z pomocy, bez względu z jakiej strony ona przychodziła.
    — Potrzeba mi dwa tysiące dwieście złotych! wymówił.
    — Oto, dwa i pół tysiąca! — szybko wyciągnęła z woreczka zwitek banknotów, zgóry widocznie przygoto wany, jakby już zawczasu Marlicza otaksowała na tę sumę. — Resztę, proszę zatrzymać, przyda się panu..
    — Ależ, pani...
    — Niech pan bierze... — wetknęła mu zwitek banknotów prawie siłą do ręki.
    — Kiedy to zwrócę?
    — Zobaczymy...
    — Jak panią zobaczę?
    — Rychlej, niźli pan tego się spodziewa!
    — Ależ...
    Nie zwracając uwagi na ten wykrzyknik, baronowa uśmiechnęła się zagadkowo, skinęła mu swą ubrylan towaną rączką i szybko oddaliła się do oczekującego ją czerwonego auta.
    — Pani! — zawołał. Ja przecież tak nie mogę...
    W odpowiedzi usłyszał tylko warkot motoru, samochód ruszył, zakręcił i Marlicz pozostał sam na ulicy.
    Chwilę pozostał w zadumie, zastanawiając się nad niezwykłą, przeżytą przygodą. Był ocalony, a jednak dziwny niesmak osiadł mu na dnie duszy. Kim była ta