Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Kobieta, która niesie śmierć.djvu/12

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    podwładnych bywa niesłychanie bezwzględny i nie tylko nie zgodzi się na żaden kompromis, ale natychmiast za wezwie policję. Tym bardziej, że musiano mu coś na plotkować, gdyż czemu zapowiedział na jutro rewizję kasy ,skoro kasjer nie wrócił jeszcze z urlopu? Tak jakiś usłużny kolega musiał mu donieść o wizytach Marlicza w klubach. Warszawa wszak jest tak plot karskim miastem i wszyscy wiedzą wszystko o wszy stkich.
    Czoło Marlicza zrosiły chłodne krople potu. Policja, więzienie. Nie, tylko nie więzienie. Mieć trzydzieści pa rę lat i znaleźć się za kratami, gdy zewsząd uśmie cha się życie. Nie zniesie podobnego wstydu..
    Ale co robić? Do jutra pozostało zaledwie kilka naście godzin Teraz zbliża się dziesiąta wieczór, a ju tro o dziewiątej rano Kuzunow będzie sprawdzał kasę. Co robić? Skąd zdobyć te przeklęte dwa tysiące zło tych?
    Marlicz machinalnie wypił jeszcze jeden kieliszek ko niaku. Już się zdecydował. Zresztą od kilku godzin ten zamiar kiełkował w jego głowie. Ma jeszcze w kiesze ni blisko dwie setki. Pójdze do klubu i spróbuje szczę ścia. Początkowo zamierzał uciec z Warszawy, ale zamiar ten ostudzała świadomość, że z podobną sumą niedaleko ucieknie. Lepiej raz jeszcze spróbować szczęścia, a jeśli się nie uda... Wczoraj pożyczył bro wning od znajomego. A może się uda... Dwa tysiące zło tych wygrać w klubie łatwo, a po stałym pechu, ja ki go prześladował, spodziewać się było można, że karta się odwróci.
    Tak, pójdzie do klubu. Godzina dziesiąta, właśnie gra tam się rozpoczyna.
    Zastukał na kelnera, zapłacił rachunek i wy szedł z baru.