Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Powietrze duszne było i Jan z trudem chwytał je w piersi. Zdawało mu się, że spaliło się już dużo powietrza i może go całkiem zbraknąć. W regularnych odstępach napływały fale zgorzelizny i odór ten drażnił go w nosie. Dobrze tylko, że nie dolatał on z bliskiego jakiegoś miejsca w Askadalarnie, ale płynął zdaleka, od wielkiego ogniska, pożerającego jedle, mech i susz w odległości kilkumilowej.
Słońce dawno już zaszło czerwono, zostawiło jednak tyle purpury, że niebo nią było umalowane. Nietylko od strony zachodniej różowiło się wszystko, ale w czerwień objęło cały widnokrąg, a jednocześnie woda jeziora duwneńskiego stała się czarną płaszczyzną, po której snuły się purpurowe i złote błyski.
Czerwona noc. Nie można nocy takiej myśleć o ziemi, wszystko, co niskie, przestaje istnieć, widzi się tylko niebo i wodę niebo odbijającą.
Jan siedział przed domkiem swym, zapatrzony w przecudny obraz, nagle jednak uczynił pewne spostrzeżenie. Było to złudzenie, niewątpliwie widział rzecz nieistniejącą, ale najwyraźniej zauważył, że sklepienie niebieskie opadło w dół. Oczom jego przynajmniej wydało się dużo bliższem ziemi, niż zawsze.
Widział to wyraźnie, nie mógł pojąć, by było prawdą i nie wiedział w co wierzyć. Wielka, bladoróżowa kopuła opadała coraz to niżej i niżej. Razem z tym ruchem dym i gorąco zwiększały się coraz to bardziej i Jan doznawał wrażenia, że ginie. Czuł już żar, co bił od spadającego i topiącego się z gorąca niebieskiego sklepienia.
Słyszał on dużo o tem, że świat musi zginąć. Najczęściej wyobrażał sobie, że nastąpi to przy waleniu gromów, błyskawicach i grzmotach, oraz trzęsieniu