Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wstał, pewnym krokiem przeszedł podwórze, minął werandę, wszedł na górę po schodach i otworzył drzwi do wielkiej sali na piętrze.
Uczta była w pełnym toku, zauważył to odrazu. Wielki stół, ustawiony w podkowę, obsadzony był gęsto biesiadnikami i obniesiono właśnie pierwszą potrawę. Wynikało więc z tego, że nie miano zamiaru zaliczyć go do pierwszej partji.
Siedział proboszcz, kościelny, porucznik z Löwdali z żoną, jednem słowem byli tu ci wszyscy, którzy powinni być, tylko jego jednego nie było.
Jedna z dziewcząt podających półmiski, zobaczywszy go we drzwiach, podeszła i spytała szeptem:
— Czegóż tu chcecie, Janie! Zejdźcież na dół!
— Drogie dziecko! — odrzekł — Cesarz Portugalji zaliczonym być chyba musi do pierwszej partji biesiadników!
— Nie gadajno tak, Janie! — powiedziała ostro — Dziś nie pora na te twoje głupstwa! Zejdź na dół i poczekaj, a dostaniesz jeść gdy przyjdzie na ciebie kolej!
Jan odczuwał wistocie dla tej rodziny więcej szacunku, niż dla którejkolwiek innej w gminie. Ale właśnie dlatego przywiązywał wielką wagę do należytego przyjęcia i ugoszczenia w tym domu. Stał w progu z czapką w ręku i opanowało go wielkie przygnębienie. Wydało mu się, że naraz spada zeń cały majestat cesarski.
W tej przykrej chwili usłyszał lekki okrzyk Linnarta z drugiego końca stołu.
— Oto jest człowiek, który mi zeszłej niedzieli przyniósł wieść o chorobie ojca!
— Co mówisz? — spytała matka — Czy pewny tego jesteś?