Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy syn przybył, powitali się z ojcem bardzo serdecznie. Stary śmiał się i dziwowało go bardzo ubranie syna.
— Przybyłeś widzę w roboczej odzieży? — powiedział ojciec.
— Tak! — odrzekł — A mogłem się wystroić, bo wszakże mamy niedzielę! Ale widzicie ojcze, tego roku mieliśmy tam w górach istny potop deszczu, to też w niedzielę po południu chciałem zwieść owies.
— No i zwiozłeś go? — spytał Björn.
— Jedną furę zawiozłem pod dach, ale kiedy przybył posłaniec, rzuciłem wszystko i ruszyłem w drogę, nie przebierając się nawet!
— Któż ci przyniósł wiadomość? — spytał ojciec po dobrej chwili.
— Nie widziałem tego człowieka nigdy na oczy! — odrzekł — Nie przyszło mi na myśl spytać jak się zowie. Wyglądał, jak stary żebrak.
— Człowieka tego musisz odszukać Linnarcie, — powiedział stary z naciskiem — i podziękować mu w mojem imieniu! Gdziekolwiek go spotkasz, oddaj mu cześć, albowiem miał serce dla całej naszej rodziny.
Rozmawiali ze sobą potem przyjaźnie i nie rozłączali się aż do końca, tak że stary Björn zaznał bodaj trochę tej radości, której mu brakło przez całych lat trzydzieści.
Jan zadrżał usłyszawszy, że Linnart nazwał go starym żebrakiem, ale pocieszył się tem, że przecież nie miał wówczas ani czapki, ani laski cesarskiej. Naturalnie, tu była przyczyna nieporozumienia!
Myśli Jana wróciły znowu do chwili obecnej i ogarnął go smutek. Siedział już i tak dosyć długo, teraz musi zostać zaproszony, inaczej wszystko przepadło.