Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przed kościołem orszak żałobny, podszedł i zajął skromnie miejsce pośród krewnych.
Wszyscy mieli nieco przerażony wyraz twarzy gdy go ujrzeli, widział to dobrze, ale nawykł już da tego, że ludzi onieśmielała zawsze jego wspaniałomyślna łaskawość, przeto nie robił sobie nic z wrażenia, jakie wywarł. Powinnoby się go było poprosić do pierwszego szeregu, ale nie było już na to czasu, bo kondukt ruszył w kierunku cmentarza. Kiedy skończoną została ceremonja pogrzebowa, udał się wraz osieroconą rodziną do kościoła i zajął miejsce w ławce pośród, innych. Znowu zauważył, że wszyscy są zmieszani, ale nikt nie zdobył się uczynić uwagi, że opuścił zaszczytne miejsce na chórze, by się znaleźć razem z nimi.
Zresztą nie wypadało żadnych czynić usprawiedliwiań w chwili kiedy zabrzmiały organy i rozległ się psalm.
Po nabożeństwie zajeżdżać zaczęły jeden po drugim wózki i bryczki, będące własnością uczestników pogrzebu. Jan podszedł do drabiniastego wozu, którym przywieziono trumnę i zajął na nim miejsce. Wiedział, że wóz ten wracał będzie teraz pusty do Loby, przeto usiadł tu, by nikomu nie zabierać miejsca.
Córka i zięć Björna Hindriksona przeszli kilka, razy koło tego wozu i spoglądali na siedzącego Jana z pod oka. Jan sądził, że martwi ich to może, iż mu nie oddali miejsca w najparadniejszym pojeździe. Ale nie chciał, by z jego przyczyny nastąpić miało jakieś zamieszanie, jakaś zmiana w ustalonym już porządku. Wiedział i tak kim jest.
Kiedy ruszył z przed kościoła, nie mógł się opędzić wspomnieniu, jakto ongiś on i Klara Gulla wędrowali do Loby, odwiedzić krewnych. Teraz wszystko odwróciło