Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale kiedy ujrzał lud w bogatych strojach, zapomniał myśli o ubóstwie. Przeciwnie, serce radowało mu się i powiedział sobie: »Jeszcze nie jest tak źle z królem szwedzkim, jak sądzą jego nieprzyjaciele. Jak długo moi poddani tak wyglądają, będę chyba w możności bronić mej wiary i mego kraju.« Król polecił swoim dworzanom zawiadomić lud, że ów nieznajomy, który stoi pośród nich, jest ich królem, i żeby się zgromadzili koło niego, albowiem król pragnie do nich przemówić.
I król przemówił do ludu. Przemawiał z wysokich stopni zakrystyi i owe ważkie schody, na których stał, zachowane są po dzień dzisiejszy.
Król począł opowiadać, jak źle się teraz dzieje w państwie. Mówił, że Szwecya zagrożona jest wojną przez Rosyą i Danią. W innych warunkach nie byłoby to wcale tak niebezpieczne, ale w szeregach wojennych jest wielu zdrajców i król nie ma armii, którejby mógł zaufać. Dlatego nie pozostało mu nic innego do zrobienia, jak udać się samemu w prowincye i zapytać swoich poddanych, czy przyłączą się do zdrajców, czy też chcą pozostać wierni królowi i wesprzeć go ludźmi i pieniądzmi, by ojczyznę oswobodzić.
Chłopi zachowywali się zupełnie cicho, podczas gdy król przemawiał, a kiedy skończył, nie dali żadnego znaku potwierdzenia, ani też niezadowolenia.