Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w dali wyniosłą wieżę. Zaproponowali więc królowi, by siadł do któregokolwiek wozu, jakimi dwór jego mu towarzyszył, i pojechał do kościoła. Była niedziela i król mógłby być na nabożeństwie, żeby czas jakoś zeszedł, aż naprawi się ogromna królewska karoca.
Król zgodził się na ten projekt i pojechał do kościoła. Przedtem król jechał długi czas przez ciemne, lesiste okolice; tu było pogodniej. Rozległe pola i wsie i Palstrom, ciągnący się wspaniale śród ogromnych mas olszyny.
Król jednak o tyle nie miał szczęścia, że kiedy właśnie wysiadał z powozu na wzgórku kościelnym, zakrystyan zaintonował psalm końcowy i lud począł wychodzić z kościoła. Kiedy tak ludzie przechodzili koło niego, król zatrzymał jedną nogę w powozie, drugą opierając na stopniu, i nie ruszał się z miejsca, lecz obserwował przechodzących. Byli to ludzie najpiękniejsi, jakich król kiedykolwiek widział. Chłopcy byli wyższego wzrostu nad przeciętny wzrost mężczyzny, mieli mądre, poważne twarze, a kobiety przechodziły tak dostojnie, że król zauważył, że przystałoby im całkiem dobrze mieszkać w najpiękniejszym zamku.
Przez cały poprzedni dzień królowi było niemiło podróżować przez puste okolice i raz wraz mówił do swoich dworzan: »Teraz jadę z pewnością przez najuboższą część mego państwa.«