Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skończenie możnego i tajemniczego, coś, co przejmowało dziwnie druzgocącem uczuciem przemocy, tak, że obawiała się tu pozostać.
— Ach, to nie jest kościół, do którego idzie się na mszę św., lub do spowiedzi — pomyślała signora Conzenza. — Tu idzie się, gdy się jest w wielkiem nieszczęściu, gdy już niema innej pomocy, prócz cudu.
Namyślając się, zatrzymała się u drzwi i wdechała to szczególne powietrze, pełne tajemniczości i grozy.
— Nawet nie wiem, komu ten kościół poświęcony — mruczała pod nosem — ale czuję, że tu rzeczywiście ktoś jest, kto nasze myśli słyszy.
Uklękła obok drugich, a taka była moc klęczących, że zajęli kościół od ołtarza aż do drzwi wchodowych. Podczas gdy się modliła, słyszała koło siebie płacz i westchnienia. Te żale i troski napełniały jej serce coraz większem współczuciem.
— Ach mój Boże, pozwól mi uczynić coś, aby tego starca uratować — modliła się. — Pomogłabym przez to najpierw moim dzieciom a następnie wszystkim innym lndziom.
Od czasu do czasu chodził między modlącymi się mały, chudy zakonnik, nachylał się nad tym i owym i szeptał coś do ucha. A ten, do którego mówił, powstawał z klęczek i szedł za nim do zakrystyi.