Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Gdybym wiedziała, jak to będzie, tobym chętnie Ojcu świętemu podarowała te lata, które ja mam jeszcze żyć, bo prawdopodobnie jego lata już się skończyły.
Powiedziała to na pół żartem, ale i powaga była w tych słowach. Pragnęła naprawdę czegoś takiego dokonać. Stara kobieta nie może sobie życzyć piękniejszej śmierci, pomyślała. Pomogę zarówno memu synowi, jak i mej córce, a poza tem uszczęśliwię ogromną masę ludzi.
Podczas gdy właśnie takie myśli w jej głowie powstawały, podniosła ciężką zasłonę u wejścia małego, ciemnego kościółka. Była to jedna z tych prastarych świątyń, które pomału zdawały się zapadać w ziemię, bo z biegiem czasu wznosił się dokoła poziom miasta. Kościół ten zachował w swem wnętrzu coś że starożytnej ponurości, co pochodziło zapewne z owych posępnych, odległych czasów, kiedy ten kościółek powstał. Mimowolnie wstrząsał człowiekiem dreszcz, kiedy wchodził pod to nizkie sklepienie, spoczywające na niezmiernie grubych filarach i kiedy widziało się te obrazy świętych, malowane po barbarzyńsku, które widniały na ścianach i ołtarzach.
Skoro signora Concenza weszła do tego starego kościółka, przepełnionego modlącymi się, opanował ją strach mistyczny i bojaźń boża. Czuła, że w tym przybytku mieszka bóstwo. — Pod ciężkiem sklepieniem snuło się coś nie-